Julia Margaret Cameron.
To nazwisko dobrze znane każdemu kto interesuje się historią fotografii. A także każdemu kogo interesuje sztuka kobiet albo też epoka wiktoriańska. To fotograf, o której miałam napisać już ze sto razy, był bowiem czas kiedy jej zdjęcia mnie fascynowały, choć i nieco drażniły swoją teatralnością i upozowaniem.

Powróciłam do Cameron wraz z pasjonującą lekturą książki ‚Uczta bogiń. Kobiety, sztuka i życie’ Marii Poprzęckiej. Autorka poświęciła jej jeden z rozdziałów. Nie odkryła co prawda przede mną nic zupełnie nowego, ale uporządkowała i przypomniała wszystko to co już o fotografce wiedziałam. I właściwie najłatwiej było by odesłać was do tej książki, której lekturę polecam gorąco, choć dotyczy ona nie tylko fotografii.

 

 

Dla porządku jednak przypomnę kilka faktów o Julii Margaret Cameron.
Julia Margaret Cameron zaczęła fotografować bardzo późno, choć wynalazek fotografii fascynował ją od początku swego powstania. Aparat fotograficzny dostała od córki i zięcia w prezencie. Miała 48 lat. Fotografowała nieco ponad 10 lat.

 

 

W swojej pracy skupiła się przede wszystkim na portrecie i aranżowanych scenach rodzajowych.
Ze swojego braku umiejętności czy też błędów fotograficznych uczyniła atut.
Nieostrości, rozmycia potęgowały tylko nastrój czy też efekt jaki chciała osiągnąć.

Co ciekawe, choć wiele podróżowała, widziała wiele egzotycznych miejsc, to nie pejzaże uwieczniała.
Interesowała ją ludzka twarz.
Poszukiwała piękna.

 

 

Mężczyźni przez nią portretowani to głównie poważni, starsi już jegomoście, mędrcy – ludzie nauki.
‚Jej portrety mężczyzn są inspirowane podziwem dla męskiego intelektu’ – pisze Poprzęcka.
Fotografowała wielkich swego czasu –  Charlesa Darwina, Alfreda Tennysona, George’a Fredericka Wattsa, Johna Herschela. Ale nie wykonywała zdjęć na zamówienie. To był krąg osób jej znanych.

 

 

 

 

 

Twarze Cameron przyciągają swoim magnetycznym pięknem.
Dotyczy to przeważnie kobiet. I choć często pozostają bezimienne, bo podpisane imieniem postaci którą uosabiają, to ich twarze zapamiętujemy. Cameron często uwieczniała na zdjęciach dwie swoje służące, chętnie fotografowała swoją siostrzenicę Julię Jackson (matkę Virginii Woolf), lubiła przed kamerą umieszczać dzieci, nierzadko upozowane w roli aniołków.

 

 

 

‚Portety kobiece opowiadają zupełnie inną historię. O ile wizerunki mężczyzn przedstawiają konkretnych ludzi, mających imiona, nazwiska, pozycję i sławę, o tyle portrety kobiece to uosobienia archetypów odnajdowanych w Biblii, mitologii greckiej, w arcydziełach literatury angielskiej. Tu Cameron nie szukała sławy, geniuszu, intelektu, charakteru. Szukała swego ideału kobiecości’.

Te kobiety są młode, przeważnie smutne.
Są pełne melancholii, zamyślone, nieobecne, tajemnicze, pochłonięte swoimi myślami.
Rzadko patrzą wprost na widza. Najczęściej podziwiać możemy ich profile lub półprofile.

 

 

 

 

Cameron była kobietą swoich czasów.
Była inteligentna, wrażliwa, odważna.
I miała to szczęście, że należała do uprzywilejowanej grupy społecznej, była zamożna.
I miała to szczęście, że ktoś kiedyś dał jej aparat do ręki, a ona odważyła się odkryć dla siebie to narzędzie, sprawdzić jego możliwości i poprzez nie wyrazić swoje poszukiwania i tęsknotę za Pięknem.

 

 

 

Więcej o Julii Margaret Cameron można przeczytać tutaj, analiza portetu według Cameron – tutaj.
Polecam też przeszukać internet i literaturę.

 

fot. Julia Margaret Cameron

I like photo na facebooku – zapraszam.