Marchesa Luisa Casati.
Słyszeliście kiedyś o niej?
To postać, która mnie w ostatnim czasie zafascynowała.

Zaczęło się od zdjęć jednego z moich ulubionych fotografów.
Paolo Roversi zrobił sesję dla szwedzkiego magazynu Acne, z niezwykłą Tildą Swinton.
Tilda wcieliła się przed obiektywem w Marchesę Casati.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

fot. Paolo Roversi

Kim była Marchesa Luisa Casati?
Można powiedzieć: celebrity początku XX wieku. Ale wtedy tak się nie mówiło.
Skandalistka, ikona swoich czasów.
Była jedną z najjaśniejszych postaci europejskiej socjety, muzą i kochanką wielu artystów, ze szczególnym uwzględnieniem włoskiego pisarza D’Annunzio. Ale podziwiali i portretowali ją także: Jean Cocteau, Cecil Beaton, Augustus John, Jack Kerouac.
Słynny jest jej podwójny portret Ray Mana (naśladuje go Roversi w swojej sesji).
Zachwycała też kobiety. Pod jej wrażeniem była Colette i Coco Chanel.

Kochała pałace, które z pasją urządzała czy to w Paryżu czy w Rzymie; odrestaurowała też słynny Palazzo Venier dei Leoni (dziś siedziba Muzeum Guggenheim).

Uwielbiała modę. Ciemnowłosa, a przez pewien czas ogniście rudowłosa, oczy podkreślała czarną kredką. Wysoka, szczupła, lubiła eksponować sylwetkę. Weneckie koronki, olbrzymie bufiaste rękawy, bogato zdobione paski.
Była prekursorką mody.

Popołudniami zwykła przechadzać się ze swoimi podopiecznymi: oswojonymi gepardami lub też z chartami.
Bywało, że na przyjęciach pojawiała w płaszczu, będąc pod spodem całkiem naga.
Innym razem za biżuterię służyły jej żywe węże.
Szokowała i o to właśnie jej chodziło!

Kobieta ekscentryczna, nieco demoniczna, na wskroś oryginalna.
Pozostawiała po sobie niezatarte wspomnienie.

Jej legenda kończy się raczej smutno. Żyła wystawnie i w luksusie, odeszła w biedzie, zostawiając po sobie gigantyczny dług 25 milionów dolarów. W związku z tym wszystkie przedmioty, które po niej pozostały, zostały wystawione na aukcję i sprzedane. W tym także wiele dzieł sztuki znamienitych twórców, które kolekcjonowała. Dla niej nie miało to już znaczenia, zwykła mawiać o sobie: ‚Chcę być żywą sztuką’. Ale jednak chętnie pozwalała się portretować, chcąc pozostać nieśmiertelną.

I aż się dziwię cały czas, czytając opowieść o tej niezwykłej postaci, że nie nakręcono filmu o niej.
Choć inspiruje nadal. A jeśli komuś skojarzyła się z modową marką Marchesa, to całkiem słusznie, bo nazwa firmy jest rodzajem hołdu dla niej.

A jeśli zainteresowała was markiza Casati, to polecam zwłaszcza tę stronę.
A i tutaj znajdziecie ciekawy tekst, nieco krótszy , jest też notka tutaj (wszystkie w języku angielskim).
W tym języku dostępne są też książki o Casati, choćby ta, którą może  kiedyś uda mi się namierzyć.

 

fot. Paolo Roversi